poniedziałek, 12 listopada 2012

Niedziela w Wenecji

Następnego dnia była niedziela. Nie bardzo Mogłem przewidzieć czy dla zwiedzania Wenecji to dobrze czy źle więc na wszelki wypadek wybrałem się wczesnym rankiem i na Piazza San Marco byłem przed 8:00 i mogłem w spokoju napawać się widokiem na San Giorgio Maggiore.



Łodzi  na Canale di San Marco praktycznie nie było poza sporadycznie kursującymi vaporetto






Bazylika była otwarta od bocznej nawy więc wstąpiłem na mszę.


Po zakończeniu mszy świętej w zachwycie oglądałem tę wyjątkową świątyni doceniając jej ostentacyjne bogactwo, brak jakiegokolwiek umiaru w złoceniach i pompatyczności. Znam tylko jeden kościół włoski który ostentacyjnością może się równać z bazyliką wenecką  a mianowicie katedra w Sienie. Specjanie nie wymieniam tutaj Bazyliki San Pietro w Rzymie bo to inna liga, San Pietro jest jak miasto z ulicami i zaułkami. Natomiast innym katedrom na przykład florenckiej czy mediolańskiej brakuje takiego uroku wnętrza tam grają pierwsze skrzypce fasady. O kościołach włoskich można długo ale wracajmy do San Marco.


Od zadzierania głowy powoli dostawałem zawrotów które powoli przechodziły w rodzaj transu, wirowałem z głową zadarta w górę jak derwisz podziwiając mozaiki.



Trzeba było wyjść , zaczerpnąć powietrza, ochłonąć. Po przejściu przez Piazzetta de Leoni skierowałem się pod Torre de Orologio i dalej przez plac na vaporetto, celem był kościół Santa Maria D.Salute.


Co mogę powiedzieć o emocjach związanych z tym kościołem, na pewno ma dobrą prezencję ze względu na położenie, bogato zdobiony, zbudowany do końca na ale do modlenia to dla mnie on się nie nadaje, bardziej bym go odbierał jak masońska świątynię rozumu, ot tak architekt go zaplanował i taki jest ale wstąpić warto.




Za to ze schodów widok wyśmienity i cień dawany przez budowlę chłodny więc polecam strudzonym zwiedzaniem na odpoczynek.


Przechodząc koło uroczego gotyckiego San Gregorio


i dalej przez mostek na Rio della Salute



przechodzimy przez Rio Terra al Saloni



i dochodzimy do Zattere, nabrzeża wystawionego na przedpołudniowe słońce oślepiające bielą kamienia z widokiem na szeroki Canale Della Giudecca.


Tutaj jest zupełnie inna Wenecja, ty są nowoczesne budynki na Isola della Giudecca, tu mieszkają zwykli Wenecjanie, tutaj do synagogi podpływają całe rodziny żydowskie w charakterystycznych czarnych strojach, tutaj miasto żyje swoim życiem odwrócone plecami do Canale Grande i turystycznego zgiełku.

Skręcam na Fundamenta Nani i kieruję się do Gallerie d.Accademia


Po zwiedzeniu tej zacnej świątyni sztuki i uzupełnieniu zapasów płynu przy pomocy Bira Moretti jestem gotów na dalsze wyzwania. Spotykam znajomych jednak mój plan podboju Wenecji wydaje im się nierealny są już wysyceniu sztuką w stopniu zupełnym choć na niektórych liczyłem. Cóż bolesny zawód jest częścią życia ludzi z ambitnymi planami.

Przez Campo S.Travaso podążam dalej wzdłuż uroczego Rio Ognissanti


Teraz cel jest znacznie bardziej przyziemny, trzeba zjeść obiad. Zatrzymujemy się w tratorii na Campo San Apolinar, no takiej pasty z owocami morza to jak żyję nie jadłem, rozkosz, poezja ekstaza, kto świadomie zrezygnował ten frajer i dobre o tym wie.


dania do wyboru



Obarczeni tą doczesna ekstazą i przyziemnymi uciechami podniebienia pomknęliśmy przez Campo San Paolo gdzie nożna zobaczyć rzadkość w starej Wenecji czyli drzewa na placu.


Celem był kościół Santa Maria dei Frari


Jedna z ważniejszych nekropolii Wenecji

Zmęczeni wytrwale przemierzaliśmy kanały



Aby wieczorem wsiąść na vaporetto i powrócić na Lido.



Z oddali podziwiając pozostawiany w mroku San Marco


















sobota, 10 listopada 2012

Powrót nad Canale Grande

Idąc nabrzeżem kanału Fundamenta Mendicanti przy szpitalu weneckim patrzę na wyspę s.Michele i zastanawiam się czy wszyscy wybitni naprawdę chcieli tutaj złożyć swe doczesne szczątki, na cmentarzu do którego dostęp jest broniony głębokimi wodami laguny i nie można liczyć na zbyt częsta wizytę przychylnej osoby.


 Po wyjściu na Fundamenta Nuove można poznać inną Wenecję, brak wycieczek i przewodników z uniesionymi parasolami lub innymi chorągiewkami jakoś mi nie doskwiera, skręcam w lewo.


Zmierzam do kościoła Gesuiti, w większości omijanej perełki kunsztu zdobniczego w marmurze, bogactwo zdobień przytłacza mnie, nie mogę powstrzymać się od wodzenia ręką po delikatnych intarsjach marmurowych, zachwytom nad sztuką dawnych rzemieślników nie ma końca, szkoda że nie mogę się podzielić tymi zachwytami z tymi z którymi chciał bym tu być, dobrze że moja towarzyszka tej wędrówki podobnie odbiera sztukę i rozumiemy się prawie bez słów.



To są rejony Wenecji raczej nie odwiedzane prze zbiorowe spędy z biur podróży więc rozglądam się ciekawie wokół na życie miasta które istnieje głównie dzięki legendzie.



Pranie suszy się na sznurach


Kanałów jakoś niewiele, za to są szerokie ulice i dość nowoczesne domy. Tak wygląda Salita Specchien.
Wenecki kot przymila się do mnie, nawet nie wiem jak będzie ważna dla mnie już niebawem czarna kocica która zaprzątnie mi głowę.



idę spokojnie mijając kanały pozbawione gondolierów


Przechodzę prze wątłe mostki



Obiad zjadam w Tratoria Storica, kalmary z grila i Bira Moretti, upał się wzmaga i trzeba uzupełnić płyny; Bar Historyczny bynajmniej nie jest historyczny ale stosunek ceny do jedzenia jak na Wenecję korzystny.
Droga powrotna na Lido prowadzi prze Pente Vecchio . Idę przez Calle Widman i Calle del Forno, przechodzę przez Salita Fontego o skręcam w prawo , most ukazuje się znienacka obstawiony stolikami restauracji.


Nad Canale Grande powoli zapada letni wieczór wypełniony gwarem rozmów, śmiechem, pokrzykiwaniem. Wokół mnie tłoczą się zadowoleni ludzie, czerpiący garściami z chwili którą im darował los. Opada mnie melancholia, dlaczego mam to co pragnąłem ale niepełne bo nie mogę się tym podzielić, dlaczego nie ma przy mnie tych z którymi chciał bym się podzielić, dlaczego ci którym chcę powierzyć tajemnicę zachwytu traktują to jako moje uciążliwe dziwactwo.


Tutaj gondolierów nie brakuje



Lecz Canale Grande wydaje się być spokojniejszy niż w środku dnia, ta życiowa arteria miasta powoli układa się do krótkiego letniego snu.



Wsiadam do vaporetto zdążające na Lido, podziwiam Wenecję nocą ale gdzieś czai się drobna gorycz, niedosyt , niespełnienie.



wracam w ciszy, jestem zmęczony tym dniem, intensywnością przeżyć a to dopiero początek mojej Wenecji.



Wypływamy na lagunę, chłodna bryza owiewa mi twarz, jutro będzie dobry dzień.










wtorek, 6 listopada 2012

Wenecja z bliska

Wczesny poranek, wypływam z Lido, chce być możliwie wcześnie w Wenecji. Na pokładzie vaporetto praktycznie sami autochtoni, staram się upodobnić, wtopić w tło, jasne spodnie, koszulka polo z postawionym kołnierzykiem, uprzejmy uśmiech na twarzy, może tylko plecak ze sprzętem fotograficznym trochę mnie odróżnia ale staram się jak mogę.
Po prawej we mgle widać ośnieżone szczyty Alp,


Na wysokości Biennale mijamy zacumowany wycieczkowiec


Wczesny ranek jak na turystów, na placu św.Marka jeszcze stosunkowo pusto 


Podpływamy, patrzę z zaciekawieniem, wydaje mi się, że całym sobą wydaję się mówić "ach! więc to tak wygląda"


Nie idę jednak na plac, najpierw chcę poznać miasto od podszewki, wczesnym rankiem kiedy Wenecjanie nieśmiało przemykają się swoimi ulicami korzystając z krótkiego okresu braku turystów.
Skręcam przy Palzzo Ducale na Riva degli Schiavoni, Sospiri w remoncie zasłonięty ale przede mną szerokie wygodne nabrzeże skręcam w ciasny zaułek i wychodzę na S.Zaccaria


Czytam w przewodniku, że ma zachwycać, jeszcze raz czytam dlaczego. Przysiadam na brzegu studni, na każdym placu jest studnia, słońce zaczyna przygrzewać; jakoś budynki klasztorne trochę bardziej zachwycają, muszę popracować nad czytaniem ze zrozumieniem.
Skręcam w lewo i przechodzę koło S.Giovani in Oleo, prawda że Włosi to potrafią dać wyrazistą nazwę, lubię ich za to. Dochodzę do S.Maria Formosa.


Pusto, pałętam się po zaułkach zdając się na instynkt, praktycznie nie zaglądam do mapy i przewodnika, tutaj nie da się zbyt daleko zajść, wszystkie drogi prowadzą na nabrzeże. Moim celem jest teraz kościół Dominikanów SS.Govanni e Paolo.


Uwielbiam ten kościół 



Podziwiam iluzjonistyczne freski na ścianach Scuola Grande di S.Marco, z konia ponuro patrzy Colleoni bo przepłacił słono za tę miejscówkę. 



Idę wzdłuż szpitala weneckiego na Fundamenta Nuove słońce jest już wysoko i zaczyna się upał, turystów nie ma, jedynie drobna grupka zaiteresowanych stoi i czeka na transport na S.Michele.











niedziela, 4 listopada 2012

TU I TERAZ

KEVIN MEREDITH
TU I TERAZ. RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA
Szedłem niedawno koło outletu księgarskiego i zobaczyłem TU I TERAZ. RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA książka w formacie nietypowym, pomyślałem, że po to by zmieściła się w torbie fotograficznej. Nie jestem miłośnikiem lomografii i przyczyna jest prosta: ja mysiałem używać aparatów firmy Łomo sdiełano w CCCP a autorzy większości z zachwytów nie. Z tymi zachwytami to trochę jest tak jak z bezrefleksyjną adoracją sowieckiego komunizmu przez intelektualistów zachodnich głównie francuskich. Siedząc w Paryżu w mieszkanku przy Rue de Rivoli z widokiem na Jardin des Tuileries i biorąc pęsję od rządu francuskiego moźna być miłośnikom stalinizmu ale w Moskwie albo na Kołymie już nie jest to tak oczywiste. Wracając do tematu lomografia, robienie takich zdjęć takim sprzętem jest super jak w torbie mamy Nikona D700 albo Leika M9 ot tak na wszelki wypadek.
Obarczony takim bagażem emocji kupiłem książkę i z kartki na kartkę z coraz większym zainteresowaniem przeglądałem. Oczywiście część rozdziałów jest dla zupełnych fotograficznych neofitów ale część przyda się tym którzy już fotografują i na zdjęciach jest mniej więcej to co miało być ale zbyt wielką atencję przykładają do sprzętu. I w tym bym upatrywał wielką wartość tej książki, druga wartość to same reprodukowane zdjęcia. Brak dbałości o doskonałość techniczną która aż razi w niektórych pracach skłania ku tematowi. Trochę przypomina mi to impresjonistów.

sobota, 3 listopada 2012

Canale Grande z bliska

Ileż to już ludzi to przeżywało kiedy na Piazzale Roma wśród tłumu autobusów i turystów podchodzą do kanału Rio Nuovo i stawiają pierwszy krok w Wenecję. Samochody i autobusy pozostają za nami a my przemieszczamy się już jak Wenecjanie, motoscafi cicho i powoli tnie wody kanału.



Rozglądamy się z zaciekawieniem, od razu można poznać kto z płynących w różnych łodziach wraca a kto zdąża do Wenecji, jedni gorączkowo się rozglądają i zachłannie robią zdjęcia inni z zadumaną miną  wpatrują się w mętne wody laguny.
Nagle, bez uprzedzenia motorówka skręca w lewo i wypływamy na Canale Grande oczy robią się okrągłe, usta same otwierają się w niemym zachwycie, co bardziej egzaltowane niewiasty okazują zachwyt podskokami i szarpaniem swych towarzyszy za odzienie. podejrzewam że temu miastu jest to potrzebne, powstało aby tak działać na wyobraźnię i tym się żywi, odmładzając się i trwając dzięki tym emocjom wylewającym się nieustanną falą w wody Canale Grande.




Rozległość laguny zaskakuje mnie, budzi u mnie niezwykły podziw dla odwagi ludzi którzy rzucili wyzwanie morzu budując miasto bez murów i bastionów otwarte placami naprzeciw żywiołowi i falom morskim.




Ograniczenia szybkości przestają obowiązywać na wodzie laguny, motorówka zaczyna ryczeć basem; całą moc silników przemienia się w kilwater piany za nami, pędzimy na Lido.

Ciche o tej porze roku Lido, jakże inne od Wenecji i jak niedalekie. Wpływamy w cieniste, obrośnięte drzewami i krzewami kanały, wszędzie zielono i gdyby nie typowo włoska architektura otaczających nas willi to raczej była by Holandia i nie obrzeża Wenecji.



Docieramy do hotelu, rodzinnej firmy jak można wnioskować z zachowania i serdeczności ludzi którzy się nami zajęli 


Chłonę każdy detal tego miejsca, zapach powietrza, fakturę materiałów, ostre światło przedpołudnia, głębokie cienie chłodnego holu, świeżość kwiatów i miękkość foteli. Czas wyraźnie zwolnił, już nie pędzi nakręcany machinami podaży i popytu i wydajności choć za to zwolnienie przyjdzie mi po wielokroć zapłacić ale teraz zanurzam się w innym świecie.
Dostałem ciężki klucz i otwieram ciemne dębowe drzwi pokoju, okiennice są przymknięte w pokoju panuje półmrok, stawiam walizkę zdejmuje buty, stopami też chce poczuć Włochy. Dotykam drewna pięknie rzeźbionych mebli, oszczędnie i ze smakiem skomponowanych w przytulna całość. Zawsze zastanawia mniej jakim cudem we Włoszech przetrwało takie rzemiosło jakim to niesamowitym zrządzeniem losu w dzisiejszym świecie mają takie rękodzieło. Dlaczego w naszym kraju króluje pragnienie tandety i chwilowej mody.


Właściwie te moje sarkazmy są chyba trochę na wyrost, trochę z poprzedniej epoki, z czasów szybkiego rozwoju 10 lat temu, teraz idzie wyraźnie ku lepszemu, ostatnio byłem kilka razy bardzo zaskoczony wysmakowanymi wnętrzami polskich hoteli.

Kładę się na łóżku, zamykam oczy, teraz już nie Muratow teraz nie Iwaszkiewicz teraz będzie Wenecja moja!







piątek, 2 listopada 2012

Wenecja

Wenecja jest legendarnym miastem, prawda że to truizm ale o Wenecji wszystko zostło powiedziane więc nawet nie silę się na oryginalność.
Miałem okazję być w tym mieście kilkukrotnie ale ostatnio miał być to nieznacznie dłuższy pobyt i mogłem zagospodarować sobie czas prawie dowolnie. Przejęty tą perspektywą postanowiłem porządnie się przygotować. Przewodniki turystyczne to oczywisty wybór. Ja dość tradycyjnie wybrałem dwa i ten wybór polecam. Były to pozycje wydawnictw National Geographic oraz Pascal, pierwszy ze względu na obrazki czyli szatę graficzną drugi ze względy na niezwykłą praktyczność. oczywiście Google street  view pomaga poczuć się w nowym mieście jak u siebie w domu i oszczędza późniejszej przyjemności tłumaczenia Włochowi po angielsku, że powinien znać polski.
Jednakże to było mało, to nie było takie przygotowanie jakiego wymaga Wenecja, miałem się tam spotkać z legendą, z miastem które wsysa i omamia, niezwykłym swoją niecodziennością, wielką historią i ludźmi; korowodem niezwykłych postaci przewijających się przez plac św.Marka. Chciałem poznać Wenecję z przed epoki telefonów komórkowych i setek tysięcy zdjęć. Wenecję indywidualistów, ludzi ciekawych świata ale nie tak jak japońskie wycieczki czy zbiorowe zwiedzanie krzykliwych spoconych niemieckich emerytów.
Leżąc w łóżku Wiedeńskiego hotelu na kilka miesięcy przed wyjazdem do Wenecji z błyszczącymi oczyma pochłaniałem właśnie takie historie o ludziach ciekawych miasta i świata, kultury i historii, rządnych wiedzy a jeszcze bardziej poznania. Obie te książki które wtedy przeczytałem zaważyły bezpośrednio na późniejszym odbiorze Wenecji.
Pawła Muratowa "Obrazy Włoch"

Każdej osobie jadącej do Włoch polecę tę książkę, świat w niej przedstawiony nie istnieje ale dla dusz nieco bardziej romantycznych stanowi odniesienie o opis "złotego wieku", rodzaj utraconego raju. Ja pochłaniałem te książkę ja chory obdarzony lekarstwem przywracającym zdrowie i uśmierzającym ból istnienia.
Druga książka była również świadomym wyborem, zarówno ze względy na autora jak i znacznie bardziej współczesne przedstawienie miasta ale również zabarwione atmosferą która nigdy już nie powróci 
Jarosław Iwaszkiewicz "Wenecja i inne szkice"

Zresztą sam Wiedeń w którym czytałem te książki spowodował dodatkowy napływ emocji i nostalgii. Po części czułem się jak tamci podróżnicy, odkrywający nowe dla nich światy na przełomie XIX i XX wieku kiedy świetność polityczna, militarna i gospodarcza Wenecji była już przebrzmiała pieśnią a legenda stale wzrastała. 
Na domiar wszystkiego w te zimne wiosenne dni w Wiedniu duszna atmosfera romantycznej podróży rozpalała mój umysł a wyobraźnia podsuwała coraz to nowe niezwykłe obrazy. Zdarzenia które chciałem aby miały miejsce w Wiedniu okazywały się w tym miejscu pospolite i jedynie Wenecja mogła nadać im kolorytu i właściwej scenografii. I pewnego upalnego dnia samolot wylądował na lotnisku laguny i droga prawadziła tylko tam, w oddali bielały marmury Wenecji.



czwartek, 1 listopada 2012

W związku z jesiennym chłodem nie mogę powstrzymać się od zamieszczenia zdjęcia z lata, jest to wieczór niedaleko Rzymu


Choć jestem zimnolubny to bym się jednak zamienił.

Zaduszki

No właśnie, święto wspomnienia wszystkich Świętych Kościoła, sądzę że każdy kto prowadzi blog w dniu dzisiejszym zamieści zdjęcia z nekropolii. Taki koncert cmentarnych zdjęć jest jak najbardziej wskazany, odbywa w pierwszym tygodniu listopada i możemy porównać jak kto do tematu podchodzi. W głębi serca mam nadzieję, że moje potraktowanie tematu będzie bardziej radosne niż średnia krajowa, o poniżej niewielka próbka.






Od jutra trzeba zabrać się za cieplejszą część Europy a mianowicie Włochy, trochę zdjęć z Italii zawsze podnosi poczucie wartości fotografa zwłaszcza jak zrobi zdjęcie jednego z gospodarstw w Toskanii z bardzo malowniczą drogą S-kształtną obsadzoną piniami a widać to wszystko z ulicy. Ci co byli i znają miejsce to wiedzą o co chodzi a inni mogą popatrzeć do jakiegokolwiek kalendarza z Toskanii i na pewno to miejsce znajdą.

niedziela, 28 października 2012

Codzienne migawki blog Pauliny Kolondry(?)

Codzienne migawki to blog wart zobaczenia, znalazłem go dzisiaj i jestem pod wrażeniem. Fotografia w konwencji popularnej współcześni ale z dbałością o warsztat i kompozycję w związku z tym nie prowokująca mojego typu odczuwania estetyki.

sobota, 27 października 2012

Początek deszczowej pogody

Początek jesiennej pogody nie przyszedł wcale nieoczekiwanie, na nic nie można narzekać jest tak jak powinno być jesienią.
Miało być o fotografii więc będzie.
Jesienne mgły  z dużym dodatkiem nostalgii i emocjonalnym przesłaniem.


Sprawy się maja nieźle ale nostalgia jesienna pozostaje


Zdjęcia zrobione sa nad Narwią w uroczym o poranku mięjscu które wspominam bardzo przyjemnie.

czwartek, 25 października 2012

Poprawa

Poprawa jakości zdjęć jest wypadkowa wiedzy, ilości zrobionych zdjęć czyli wyrobienia oka i uczciwej krytycznej analizy. Poprawa jakości rysunku wymaga rysowania, dlatego postanowiłem wziąć się do roboty i popracować nad rysunkiem. Przy okazji mam nadzieję na poprawę jakości zdjęć w ramach całokształtu sztuk wizualnych ;-)

poniedziałek, 22 października 2012

Czy jest zło ?

Wczoraj odbyła się burzliwa dyskusja na temat Kościła Katolickiego. Potok zaciekłej złości aż mnie zdziwił. Ciosy zadawane na oślep, argumenty na poziomie brukowca, wiedza czerpana jedynie z GW i TVN bo opracowania teologiczne i historyczne są zmanipulowane przez Kościół.
Po prostu przerażające!
A na dodatek Bóg jest mężczyzna co jest, jak twierdziły obecne tam nowoczesne panie, dla kobiet uwłaczające i one chcą mieć Boga kobietę albo same nie wiedzą co, bo o istocie Boga w religii chrześcijańskiej ani słuchać ani dyskutować nie chciały! Słuchałem, próbowałem zabrać głos, przebić się przez mur nienawistnego niezrozumienia ale argumenty rzeczowe albo próba dyskusji na poziomie analizy intelektualne prowadziła jedynie do dalszych napadów szału.
W tym kraju chrześcijanie zaczynają być naprawdę w mniejszości.

piątek, 19 października 2012

Murakami

Skończyłem czytać opowiadania Murakamiego "Ślepa wierzba, śpiąca kobieta". Sposób w jaki przedstawia stany emocjonalne człowieka i jego wybory życiowe, niezależnie czy są końcowi prawidłowe czy błędne silnie do mnie przemawia, czytając te opowiadania wielokrotnie przyłapywałem się na podświadomej myśli "tak właśnie jest, tak to czuję". Po lekturze pozostał niedosyt, wiele z opowiadań powinno być niezależnymi książkami, na ostatniej stronie szuka się rozpaczliwie dalszej opowieści i nie chodzi tu o wyjśnienia i dawanie prostych odpowiedzi ale pełniejszy, obfitszy obraz. Murakami w tych krótkich formach rysuje wyraziste sylwetki, proste a dramatyczne sytuacje które spotykają wszystkich ale nie wszyscy mają odwagę spojrzeć w stronę choryzontu, wolą wpatrywac się w czujnik swoich nieco sfatygowanych butów w których idą przez życie. Bo cóż jak człowiek podniesie głowę i spojrzy dalej może coś zobaczyć i będzie miał dylemat wyboru.